Czytnik e-booków czy książka papierowa?

Czytacie książki w tradycyjnej czy papierowej wersji, a może korzystacie z czytników e-booków?

Kupować czy wypożyczać? Czytać wiele książek naraz czy może każdą po kolei? Sugerować się recenzjami czy może samodzielnie dokonywać wyboru lektur? To pytania, które tradycyjnie spędzają sen z powiek każdemu molowi książkowemu. Każdy doświadczony czytelnik w tej w kwestii chętnie dzieli się swoimi oryginalnymi doświadczeniami i spostrzeżeniami. 

 

W dobie pandemii nieco bardziej nurtuje nas jednak inne zagadnienie: czy czytać książki w tradycyjnej, papierowej wersji, czy może korzystać z czytników e-booków? W związku z ograniczonymi możliwościami odwiedzania księgarń ten ostatni sposób obcowania z literaturą zyskuje na popularności, lecz dylemat pozostaje aktualny. 

 

Znana ze słynnego w internecie nagrania odpowiedź „średnio” i „w zależności” zdradza niepozorną, lecz głęboką mądrość jej autora. Powinniśmy bowiem rozważyć zarówno wady, jak i zalety obu tych „technologii”. 

 

Z pewnością w przypadku książek drukowanych ważną rolę odgrywa przyzwyczajenie oparte na przyjemności odczuwanej w związku z fizycznym kontaktem z książką: szelestem odwracanych kartek, fakturą papieru, kolorem, zapachem. Obecnie wydawnictwa stosują tak wiele zabiegów edytorskich upiększających książki, że można je uznać za dzieła sztuki introligatorskiej. Ma to znaczenie zwłaszcza dla bibliofili i snobów, którzy kolekcjonują książki i lubią je prezentować na półkach. Nic tak nie cieszy oko, jak wypełniony różnymi tytułami regał, a i w trakcie połączeń wideo nie trzeba ustawiać sztucznego tła, który go imituje. 

 

Książka drukowana jest, więc nie tylko abstrakcyjnym zbiorem uporządkowanych informacji, ale przedmiotem, który pełni różne funkcje. Nie mam tu na myśli tylko tych najbardziej poślednich, jak służenie jako podstawka pod stół czy monitor, ale np. jako przedmiot wymiany, jako rzecz, którą możemy sprzedać lub komuś wręczyć jako prezent. W tym ostatnim przypadku możemy też napisać dedykację. Jak wiadomo, jest to niemożliwe w przypadku e-booków, zwłaszcza jeśli są one zabezpieczone znakiem wodnym, który je trwale przypisuje do posiadacza. Samego czytnika raczej też tak łatwo nie pożyczymy znajomym. 

 

Książka w formie drukowanej nie wymaga zasilania, a także nie stwarza żadnych zagrożeń cybernetycznych związanych np. z możliwością śledzenia tego, co i kiedy czytamy lub wpływania na nasze upodobania literackie.

 

Z drugiej strony na korzyść czytników książek elektronicznych, dostępnych w popularnych formatach PDF, MOBI czy EPUB, przemawia przede wszystkim wygoda. Trzeba bowiem zwrócić uwagę na fakt, że tradycyjna książka bywa uciążliwa w jej fizycznym użytkowaniu. Grube, ciężkie tomy trudno utrzymać przez długi czas w rękach. Niektóre wydawnictwa mają taką oto przykrą cechę, że potrzeba wysiłku, aby utrzymać je otwarte, gdyż technologia wykonania ich grzbietu jest taka, że same się „składają” i zamykają. Czytniki zaś są bardzo lekkie, poręczne i mobilne, bo dzięki pojemnemu akumulatorowi możemy też je przemieszczać na dalekie odległości. Ich niezaprzeczalną zaletą jest też to, że wiele rzeczy można w nich ustawić np. krój i wielkość czcionki, marginesy, orientację (pionową lub poziomą). Można też łatwo pracować z książką, zaznaczając interesujące nas fragmenty i ustawiając zakładki, choć niestety nie można po nich rysować (to umożliwiają tablety również wykonane w technologii e-papieru). 

 

Ponadto czytniki są pojemne, kompaktowe i połączone z internetem – w jednym urządzeniu możemy zmieścić całą bibliotekę, a zgromadzone w niej e-booki, liczone w tysiącach, szybko przenosić na inne urządzenia. Olbrzymią zaletą jest też łatwość i szybkość ich zakupu.  

 

Trudno natomiast jednoznacznie ocenić trwałość obu tych form przechowywania książek. Z pozoru wydawałoby się, że e-booki jako cyfrowe pliki są niezniszczalne i zawsze możliwe do odtworzenia – w przeciwieństwie do papierowych woluminów, które zawsze mogą ulec zniszczeniu, zalaniu, podarciu lub naturalnym procesom powstałym wskutek upływu czasu. Trzeba jednak pamiętać, że tak będzie tylko o tyle, o ile mamy nieprzerwany dostęp do elektryczności, do internetu i nikt celowo nie ingeruje w nasze zbiory e-booków. Ostatnie praktyki koncernu będącego właścicielem największej księgarni internetowej budzą wątpliwości co do tego, czy tak będzie zawsze. 

 

Trudno także powiedzieć, co łatwiej zgubić i co jest bardziej narażone na kradzież – to problem raczej marginalny. Książki rzadko są kradzione, najbardziej atrakcyjny dla złodziei może być sam czytnik, ale przez to jest on też przez nas bardziej pilnowany. Jego utrata nie powoduje utraty książek, gdyż te możemy ponownie pobrać z tzw. chmury. Inaczej byłoby np. w sytuacji, gdyby naszą tradycyjną biblioteczkę strawił pożar. 

 

Kontrowersje może wzbudzić także porównanie czytników i książek w aspekcie ekologicznym. Produkcja i dystrybucja tych drugich zużywa pokaźne ilości wody i energii. Z produkcją czytników także wiąże się zużycie zasobów oraz emisja dwutlenku węgla. Spodziewane przez nas korzyści środowiskowe wynikające z korzystania z czytnika zależą od tego, jak dużo e-booków czytamy zastępując papierowe odpowiedniki oraz na jak długo czytnik wystarcza, gdyż jak wiadomo, odpady elektroniczne są często składowane w krajach tzw. Trzeciego Świata, zatruwając glebę w tamtych rejonach. 

 

Przy ogromnej przewadze posiadanej przez nas liczby e-booków, zmniejszają się także relatywne koszty naszego czytelniczego życia, gdyż elektroniczne publikacje są z reguły tańsze. Oszczędności z tego tytułu pozwalają zniwelować wydatek na zakup czytnika (jego cena kształtuje się zwykle między ok. 400, a 1500 zł).  

 

Najważniejszym kryterium oceny powinny być jednak wrażenia z lektury, doświadczenie w codziennym użytkowaniu. Opinie są tutaj bardzo różne i mocno subiektywne. Jedni cenią sobie tradycyjną możliwość obcowania z książką jako „żywym” przedmiotem, drudzy – wygodę i funkcjonalność czytnika. 

 

Istnieje jednak pewna teoria, która głosi, że korzystanie z książek papierowych pozytywnie wpływa na efektywność uczenia. Według niej, doświadczenie fizycznego kontaktu z książką pozwala lepiej utrwalać w pamięci napotykane informacje. W lekturę wkładamy wtedy więcej wysiłku, któremu towarzyszą manualne czynności takie jak przewracanie stron, dotykanie okładki, zapisywanie notatek, omiatanie wzrokiem większej ilości tekstu, zwracanie uwagi na defekty i różnice pomiędzy stronami. Książka w bardziej wszechstronny sposób oddziałuje wówczas na zmysły. Wydaje się, że należy do tej teorii podejść sceptycznie, gdyż w sposób nieuzasadniony zakłada ona, że w przypadku lektury tekstu istnieje taki sam podział na „uczenie się poprzez praktykę” i nabywanie wiedzy teoretycznej, jak w przypadku uczenia się pewnych konkretnych umiejętności, np. mnożenia w zakresie do 100 lub poznawania praw przyrody. Istotnie, jak dowodzą autorzy książki „Jak się uczymy? 26 naukowo potwierdzonych mechanizmów”, zdecydowanie skuteczniej przyswajamy sobie wiedzę, jeśli proces nauki wspomagany jest realnymi doświadczeniami, ale dotyczy to wiedzy, która posiada pewną określoną strukturę, dla której możemy wykonać odpowiedni eksperyment, działający na zmysły, a także gdy subiektywne wnioski i wrażenia potwierdzają teorię, która przez to staje się bardziej zrozumiała. Natomiast sposób, w jaki staramy się przyswoić treści teoretyczne zapośredniczone w postaci tekstu nie wydaje się mieć większego znaczenia, bo nie ma możliwości, aby korespondował on z konkretnym zagadnieniem opisywanym w tekście. Stąd nie wydaje się uzasadnione przekonanie, że korzystanie z papierowych książek w jakikolwiek sposób polepsza proces nauki – to raczej zależy od wielu innych czynników i szczegółów. 

 

Moje osobiste doświadczenie jest natomiast takie, że coraz częściej skłaniam się ku używaniu czytnika i coraz bardziej doceniam jego przewagi. Tradycyjne książki kupuję już tylko wtedy, gdy słabiej się nadają do czytania na czytniku: gdy są to „monumentalne”, kolorowe wydania (np. książki o sztuce zawierające reprodukcje), stanowiące element większej kolekcji lub gdy należą do kanonu jakiejś dziedziny. Resztę stanowią już tylko e-booki. Wbrew przytoczonej wyżej teorii uważam, że czytnik właśnie poprzez swoistą „deprywację sensoryczną”, czyli oddzielenie od otoczenia i uwolnienie od pewnych „trudów” związanych z tradycyjnym czytaniem, pozwala na głębsze zanurzenie się w lekturze i uruchomienie wyobraźni w większym zakresie. Parametry tekstu, dostosowanego do naszych indywidualnych potrzeb, sprzyjają czytaniu zarówno szybszemu, jak i efektywniejszemu, choć minusem jest tutaj nieobecność następnej i poprzedniej strony w zasięgu wzroku, co nieraz utrudnia porównywanie ze sobą niektórych informacji. Ogólne wrażenia zależą też jednak od modelu czytnika. 

 

Jaki więc wybrać czytnik, jeśli chcielibyśmy wyrobić sobie własną opinię w przedmiotowej kwestii? Niezręcznością byłoby w tym miejscu polecać produkt konkretnej marki, jednakowoż osobiście chwalę sobie te czytniki, które:

  • mają ekran większy niż typowy 6-calowy, gdyż to pozwala czytać większość PDF-ów
  • pozwalają regulować nie tylko jasność podświetlenia, ale także jego barwę. Podświetlenie nie jest bowiem tak cudownym wynalazkiem, jak się to często opisuje – oddziaływanie na wzrok jest odczuwalne tak, jak w przypadku ekranu smartfona. Ustawienie cieplejszej, pomarańczowej barwy pozwala w znacznym stopniu zredukować ten niekorzystny dla wzroku efekt i bezpiecznie czytać, gdy wkoło panują egipskie ciemności
  • mają dwa fizyczne przyciski służące do przejścia na kolejną lub poprzednią stronę
  • dają się wygodnie chwycić jedną ręką za pomocą specjalnie wydzielonej, grubszej części po boku;
  • są wodoodporne – choć to nie ma większego znaczenia, jeśli nie zamierzamy czytać pod wodą;
  • mają płaski wyświetlacz (tzn. nie mają go widocznie umieszczonego pod obramowaniem) – to też raczej drobny, ale dostrzegalny szczegół;

 

Taki czytnik jest zdecydowanie najlepszą opcją dla tych, którzy nie są przesadnie sentymentalni, ale zależy im zarówno na przyjemności w czytaniu, jak i funkcjonalnym przyswajaniu wiedzy. Wszakże ostatecznie każda książka powinna trafić przede wszystkim „do głowy”, aniżeli ładnie prezentować się na półce. 

 

Autor: Kamil Polikowski

 


Opublikowano:

Mentax na Facebook'u